“Butter chicken, Chicken tikka masala, mutton curry,Vindaloo chicken do tego ryż i chlebek naan poproszę” – tak najczęściej wygląda moje zamówienie w indyjskiej restauracji. Biorę na wynos z zamiarem jedzenia przez dwa dni, ale nie potrafię się opanować i niemal zawsze wszystkie miseczki są puste już pod wieczór. 

Indyjskie jedzenie, to szeroko dostępne w Polsce, ma w sobie coś dla mnie totalnie uzależniającego. Nie potrafię przestać jeść mimo całkowitego przejedzenia. Uwielbiam te smaki, uwielbiam różne poziomy ostrości i głębię smaku. 

Gdy zacząłem planowanie wyjazdu do Londynu, to na pierwszym miejscu listy “do odwiedzenia” od razu umieściłem Gymkhanę. Restaurację znajdującą się tuż przy Green Park, w dzielnicy Mayfair, uhonorowaną dwiema gwiazdkami Michelin i serwującą kuchnię z północnej części Indii. 

Zapomnijcie o małych porcjach, czy menu degustacyjnym składającym się z kilkunastu niewielkich elementów. Już po zdjęciach wiedziałem, że w Gymkhanie podają dania tak, jak w jednej z moich ulubionych indyjskich restauracji w Warszawie – w prosty sposób, w miseczkach, do dzielenia się z innymi osobami przy stole. Jak jednak smakuje chicken butter masala w dwugwiazdkowym wydaniu? Nie mogłem się doczekać, by to sprawdzić. 

Tak bardzo nie mogłem się doczekać, że warowałem przy komputerze, by zdobyć stolik z równie wielką koncentracją co przy Geranium, czy Osterii Francescanie. 

Teoretycznie teraz powinienem Wam opowiedzieć, jak pięknie wygląda restauracja i z zewnątrz i wewnątrz, ale wybaczcie, nie zrobię tego. Mam ochotę jak najszybciej opisać Wam jedzenie, tak szybko, jak łapczywie rzuciłem się na jego zamawianie.

Restaurację przepełniają aromaty przypraw z kuchni i dań innych gości. To jeszcze bardziej podkręca apetyt i jeszcze bardziej wprowadza spory element niecierpliwości. 

Ta niecierpliwość dość szybko skonfrontowana została z menu. Teoretycznie prostym, pod warunkiem, że nie wybiera się opcji “menu degustacyjne” w czteroosobowej grupie. 

Menu składa się z 5 sekcji, w czterech z nich decydujemy, czy wybieramy pozycję numer jeden, dwa, czy trzy, a do tego możemy jeszcze zamówić ekstra dania. Przy czym wiemy, że dania są tak duże, że jedna osoba nie pomieści wszystkich potraw, nawet gdyby przez pół roku odbywała trening jako Mualan u Książula.

Jak tu podjąć decyzję?

Dyskusja zaczęła się od “weźmy wszystko”, ale po chwili doszła do błagalnego “weźmy cokolwiek”. I wtedy ponownie pojawił się kelner, który zapytał czy pomóc. Był naszym zbawieniem! 

Sam zaproponował cały zestaw dań dla naszej małej grupy, a my jedynie przytakiwaliśmy. Bardzo chciałem mieć chicken butter masala tylko dla siebie, ale jednak uległem rozsądkowi i uznałem, że tym daniem też się podzielimy.  

Kolację zaczęliśmy od papadum – cienkich, chrupiących niczym chipsy naleśników, do których dostaliśmy trzy sosy: kolendrowo-miętowy, pomidorowo-krewetkowy oraz nimbu achari raita z jogurtem, chili i marynowaną cytryną. 

Chwilę potem na stole pojawiły się gol guppas, czyli małe, puste w środku kulki z ciasta, które napełnialiśmy mieszanką pikantnych ziemniaków, cebuli i ciecierzycy.

Niezwykle doceniam kunszt gwiazdkowych szefów kuchni, którzy przygotowują wybitne dania wykorzystujące rozmaite techniki. Lubię amuse bouche’e, które zaskakują, perfekcyjnie przygotowane ryby, długo i powoli redukowane sosy, uwielbiam kosmiczne desery, ale najważniejsze, by jedzenie sprawiało mi radość. Bym poczuł przepełniające organizm szczęście, by kulinarna dopamina zalała mi głowę. 

W Gymkhanie wystarczyło kilka drobnych przystawek, by wprawić wszystkich przy stole w stan młodzieńczej głupawki. Wyrywaliśmy sobie sosy, robiliśmy z nich własne kombinacje, wygarnialiśmy sosy naleśnikami i łyżkami, cieszyliśmy się nimi, jak dzieci. I nie, nie były to najwybitniejsze sosy, jakie w życiu próbowałem, ale miały w sobie “to coś”. Smaki były mi znane, ale takiej głębi jeszcze nie doświadczyłem. 

Kilka minut później powitaliśmy kolejne dania. Aloo Chaat, czyli smażone ziemniaki, które zaserwowane zostały z jogurtem, tamaryndowcem i nitkami sev (chrupiącym, bardzo cienkim i delikatnym makaronem). Na stole znalazł się też talerz z różowymi krewetkami, homarem i małymi przegrzebkami obtoczonymi w przyprawach i usmażonymi oraz podanymi z jogurtowym sosem z dodatkiem koperku.

Wraz z tymi daniami kolacja zmieniła się z “jedzenie ma w sobie to coś” w “TO MÓJ KAWAŁEK!!!”. Gdy jedna osoba nabierała ziemniaki, inna zgarniała krewetki w ilości przekraczającej przypisany do każdego przydział. Pochłaniałem je w takim tempie, jakby ktoś miał mi je zabrać z talerza. Nie było to zresztą dalekie od prawdy. Krewetki były lekko pikantne, ale zachowywały pełnię swojego smaku, podobnie jak przegrzebki. Najchętniej przytuliłbym się do tego dania i ściskał obdarzając najgłębszym uczuciem. Ale ponieważ nie mogłem się przytulić, to zjadłem. Do końca. 

Pieczony na grillu kebab z mielonego mięsa przepiórki podany został z sosem miętowo-musztardowym. Był soczysty, lekko odymiony i przesuwał maksymalny wskaźnik dopaminy na rekordowe poziomy. Nie inaczej było z koźliną z kozieradką i mięciutkimi bułeczkami, które były tak dobre, że nie wiedziałem, czy mam je zjeść same, czy użyć do wybrania sosu. 

Musiałem być strasznie nudnym kompanem przy stole, bo co chwilę z moich ust padało tylko “wow”, albo “to jest zajebiste”, ale naprawdę nie byłem w stanie powiedzieć niczego innego. Czułem się tak swobodnie, jak “u lokalnego Hindusa”, tylko siedziałem w dwugwiazdkowej restauracji. W każdym gryzie dało się wyczuć, że dania przygotowywane są z absolutnie najlepszych składników i marynat, a każdy sos, to godziny albo i dni przygotowań. 

Znałem ten kierunek, te smaki z warszawskich (i londyńskich), indyjskich restauracji, ale nie w tak obłędnej postaci. 

I gdy myślałem, że lepiej się już nie da. Gdy sądziłem, że główna część wieczoru po prostu utrzyma ten genialny poziom, wtedy okazało się, że skala może jeszcze zostać przebita.

Pieczone w piecu tandori kawałki jagnięciny z sosem z orzechów włoskich były cudownie przesiąknięte dymem, obłędnie miękkie i wysmarowane uzależniającą masalą, która w trakcie pieczenia zdobyła chrupiącą skorupkę. OBŁĘD!!!

Do dziś najbardziej jednak tęsknię (to chyba żadna niespodzianka) za chicken butter masala. Jednym z najczęściej zamawianych w Polsce dań indyjskich. Ten sos, w którym zanurzone były soczyste kawałki kurczaka nie miał jednej, dwóch, czy trzech warstw. Był jedną, wielką przenikającą się paletą smaków. Otulał, pieścił zmysły i sprawił, że chicken butter masala nigdy już nie będzie dla mnie takie samo. Gdy to piszę, już sprawdzam kalendarz, kiedy mógłbym wrócić do Londynu właśnie na tego kurczaka. 

Od kurczaka nie odstawał ani na centymetr goan prawn curry, czyli krewetki w kokosowym, nieco pikantnym sosie. No właśnie “nieco pikantne” dla wielu byłoby już “bardzo pikantne”.
Wszystkie dania w Gymkhanie, no może poza mango lassi 😉 (swoją drogą cudownym), miały w sobie co najmniej łaskoczącą ostrość. Żadna gwiazdkowa restauracja, w jakiej do tej pory byłem, nie zbliżyła się do tego poziomu ostrości, a krewetki były przecież jeszcze level wyżej. Nie zdziwię się, jeżeli dla wielu Europejczyków będzie to zbyt wiele – ja jednak taki poziom pikantności uwielbiam i uważam, że tu w Gymkhanie był on jednym z elementów wydobywających smak. 

Nie da się bezpośrednio porównać Gymkhany do na przykład Akelarre, czy El Celler De Can Roca i nawet nie ośmielę się na taki krok. Poziom kulinarnej ekscytacji i radości można już jednak ze sobą zestawić. I to właśnie Gymkhana znalazła się w moim podsumowaniu 2024 roku, jako restauracja, do której teraz najchętniej chciałbym wrócić. Bije na głowę Asador Etxebarri – gwiazdkową restaurację również z prostym jedzeniem, ale nie dającym aż tyle szczęścia. Nie wywołującym takiej ekstazy.

Gymkhana jest też doskonałym przykładem na to, że gwiazdkowa restauracja nie musi być odkrywcza, nie musi wymyślać dań i kombinacji smakowych. Może przygotowywać potrawy znane wszystkim, w postaci jaką znają wszyscy, tylko w wykonaniu, jakiego mało kto doświadczył. 

Tu nawet ryż był idealnie przygotowany, a o odymionych w piecu chlebkach naan nawet nie wspomnę, bo nadal powodują u mnie wzruszenie.

Z Gymkhany wyszedłem ekstremalnie przejedzony. Nie mogłem przestać dojadać kawałków jagnięciny, kurczaka, czy krewetek. Po prostu nie mogłem. I nie chciałem. Kończyłem kolację i wiedziałem, że wszystkie moje oczekiwania zostały spełnione z nawiązką. Cały czas ogromnie cieszę się, że takie miejsca istnieją. 

Na koniec mała podpowiedź. Rezerwując stolik w Gymkhanie otrzymacie propozycję rezerwacji miejsca również w barze 42 nad restauracją. Serwują tam klasyczne drinki, które mogą być początkiem lub zakończeniem wieczoru.  Nie idźcie tam. Drinki są poprawne, ale jedynie poprawne. Możecie za to w czasie kolacji zamówić drinki już bezpośrednio w Gymkhanie. I te są rewelacyjne. Tak rewelacyjne jak chicken butter masala. 

Czas kupić bilety do Londynu…

Gwiazdki/Nagrody/Wyróżnienia:
Michelin **

Adres: Gymkhana, Londyn
Gymkhana – strona www